niedziela, 8 lutego 2015

Ocalić od zapomnienia...


Gdy byłam jeszcze w szkole podstawowej (5-6 klasa), Mama zabrała mnie do kina na Tarzana z Christopherem Lambertem ("Greystoke: Legenda Tarzana, władcy małp").  Wróciłam zauroczona aktorem oczywiście, ale...

...były w tym filmie sceny, które przerażały. Szczególnie te z pozyskiwaniem zwierzęcych eksponatów do muzeów, sceny z samego muzeum (stół sekcyjny, klatki z małpami na zapleczu, wypchane zwierzęta...). 

Sceny te przypominają mi się zawsze, gdy zwiedzam Muzeum Przyrodnicze we Wrocławiu. W innych miejscach tego typu są już hologramy, kina 5D, ekspozycje audiowizualne, eksponaty i stanowiska interaktywne.. a ten obiekt nadal pozostał w wieku XIX - ze swoimi szkieletami, drewnianymi gablotami, suchymi motylami... tylko już w progu nie trzeba tam zakładać filcowych kapci :P

Muzeum ma przez to pewien specyficzny klimat. Lubię je odwiedzać. Pierwszy raz byłam tam w czasach LO, później już z Marcinem i ostatnio ze szkolnymi dziećmi... Wielkie wrażenie robi sala ze szkieletami oraz ogromny wieloryb... wypchane zwierzęta w gablotach - tak samo, jak na filmie... klimat niesamowitości i grozy...

Chciałabym i Wam pokazać trochę tych swoich wspomnień:

Sienkiewicza 21 - Instytut Zoologii i Muzeum Przyrodnicze (proj. Ludwig Burgemeister) otwarte w 1904 r.
źródło zdjęcia

Klatka schodowa Muzeum po remoncie.
źródło zdjęcia

Nosorożec kopalny w holu.
źródło zdjęcia

Klatka schodowa Muzeum Zoologicznego
źródło zdjęcia

Klatka schodowa Muzeum po remoncie, widok z ostatniego piętra.
źródło zdjęcia

Sala Szkieletowa - rok 1904
źródło zdjęcia

Sala Szkieletowa
źródło zdjęcia

Wielka sala wystawowa po otwarciu - rok 1904
źródło zdjęcia

Wielka sala wystawowa z centralnie ustawionym szkieletem wieloryba. Ze starego wnętrza przetrwała tylko (i to niecała) oryginalna balustrada na antresoli
źródło zdjęcia

Wielka sala wystawowa. W centrum kadru szkielet 14,5-metrowego walenia.
źródło zdjęcia

sobota, 7 lutego 2015

"Kocham cię, kochanie moje"


Ponieważ priorytetem tegorocznym jest dla mnie tworzenie małych haftów (kartkowych i upominkowych), postanowiłam to połączyć z całoroczną zabawą wyzwaniową u Hanulka :)




Mamy luty, pora więc na prezentację pracy walentynkowej :)

Wykonałam karteczkę z haftem, oto ona:





piątek, 6 lutego 2015

Coś maleńkiego... - 5


Dalszy ciąg realizacji tegorocznych planów :) Dziś mini owca :P

Wyszywałam na kawalądku kanwy dołączonej jako reklamówka przy kupnie innej... Owcę wykorzystam oczywiście w jakiejś wielkanocnej karteczce, więc pewnie jeszcze pojawi się na blogu :)





czwartek, 5 lutego 2015

Styczniowe czytanie...


Zaczynam tradycyjnie od komiksów :)








"Tytus, Romek i A'Tomek – seria komiksowa autorstwa Henryka Jerzego Chmielewskiego wydawana od roku 1957 do dziś. Początkowo publikowana była na łamach młodzieżowej gazety „Świat Młodych” (pierwszy raz 25 października 1957), od 1966 – także w wersji książkowej. Jest to najdłużej ukazująca się polska seria komiksowa.



Dwaj przyjaciele – harcerze, Romek i A'Tomek – starają się uczłowieczyć człekokształtną małpę – Tytusa de Zoo, posiadającego, wbrew pozorom, więcej cech ludzkich niż małpich. Kolejne tomy komiksu to podróże bohaterów w rozmaite dziedziny wiedzy w wymyślnych pojazdach skonstruowanych przez prof. T.Alenta lub A'Tomka. Każda księga umieszcza bohaterów w innej roli. Tytus, Romek i A'Tomek zawsze pakują się w jakieś kłopoty, ale umieją łatwo z nich wybrnąć.



Świat w komiksie jest bardzo absurdalny i odznacza się błyskotliwym humorem, a jednocześnie zawiera wiele edukacyjnych przesłań dotyczących geografii, ochrony przyrody czy historii („bawiąc uczy”). [...]

  • Księga XI – Ochrona zabytków (ratując ruinę zabytkowego zamku przed rozbiórką bohaterowie spotykają duszka, który przenosi ich w czasy dawnej Polski, by mogli wykraść plany budowy tego zamku, uczestnicząc w zamachu Chytrozłotków na księcia Jedzosława; pojazd – Prasolot)
  • Księga XII – Operacja Bieszczady 40 (bohaterowie w ramach harcerskiej akcji Bieszczady 40 wyjeżdżają w te góry, by zbudować tam stanicę; pojazd – Bąkolot)
  • Księga XIII – Wyprawa na Wyspy Nonsensu (prof. T.Alent nakłania chłopców do zbadania nieznanych Wysp Nonsensu, zamieszkanych przez dziwne ludy; pojazdy – Slajdolot 1 i Slajdolot 2)
  • Księga XIV – Nowe metody nauczania (Romek i A'Tomek organizują szkołę dla Tytusa i próbują go uczyć zwyczajnych szkolnych przedmiotów, pomocą staje się ucząca maszyna profesora T.Alenta; pojazd – Gwizdkolot)
  • Księga XV – Tytus geologiem (Znów prof. T.Alent ma dla chłopców zadanie do wykonania – zbadanie co jest pod ziemią; pojazd – Wkrętacz)" [źródło]

Pojawiła się lektura szkolna...







"Kamizelkanowela Bolesława Prusa, wydana w 1882 roku, uznana za arcydzieło nowelistyki. Utwór jest szkicem z życia codziennego ubogich mieszkańców Warszawy. Narrator − właściciel tytułowej kamizelki − odtwarza jej historię na podstawie wyglądu i retrospektywnie ujętych obserwacji życia jej poprzedniego właściciela. Nowela została przełożona na język rosyjski, hebrajski, słowacki, czeski, niemiecki, włoski, angielski i francuski.[...]



Tytułowa kamizelka została kupiona przez narratora za pół rubla od żydowskiego handlarza; niegdyś należała do jego sąsiadów. Po użytku poprzednich jest z przodu spłowiała, ma dużo plam, przetarty tył, brak w niej guzików, i ma dwa ściągacze: pierwszy ze sprzączką skrócony i przyszyty, a drugi pokłuty ząbkami sprzączki. Kamizelka była więc podniszczona i przypominała o smutku sąsiadów.


Małżeństwo, do którego niegdyś należała kamizelka, przyjechało do warszawskiej kamienicy na początku kwietnia. Ludzie ci wstawali wczesnym rankiem, pili herbatę z blaszanego samowaru, razem wychodzili do pracy: ona na lekcje do szkoły, on do biura. Byli ludźmi młodymi, spokojnymi. Żona szczupła, lubiła krawiectwo; mąż tęgi i zapracowany. Co niedzielę wychodzili na spacer i wracali wieczorem. W kwietniu mieszkali razem z ich służącą, w lipcu zostali sami, a w październiku pozostała tylko pani, gdyż jej mąż zmarł na gruźlicę. Gdy mężczyzna chudł, skracał jedną sprzączkę, aby nie martwić żony, drugą skracała ona, żeby dodać mu otuchy. Tym sposobem nawzajem się oszukiwali w "dobrej sprawie". Po śmierci męża kobieta wyjechała z miasta." [źródło] 



I trochę opowiadań...








"Raport mniejszości to zbiór 19 znanych opowiadań Dicka. Tytułowe zostało zekranizowane przez Stevena Spielberga jako najnowszy film z Tomem Cruise'em. Rok 2054. Waszyngton rozwiązał raz na zawsze problem przestępczości. Niedoszłych morderców aresztuje się, zanim popełnią zbrodnię. Specjalny wydział policji zatrzymuje ich na podstawie wskazówek trzech jasnowidzów. John Anderton, szef wydziału i gliniarz doskonały, to zagorzały zwolennik systemu. Do dnia kiedy system wskazuje go jako następny cel...


Autor:Philip K. Dick Wydawnictwo:Amber , Wrzesień 2002 Seria:Srebrna ISBN:83-241-0089-X Liczba stron:448 Wymiary:125 x 195 mm Tłumaczenie:Konrad Brzozowski" [źródło]

Zawartość zbioru:

1. Autofabryka 
2. Naprawa 
3. Monopolistka 
4. Wzór Yancy'ego 
5. Raport mniejszości 
6. Mechanizm pamięci 
7. Niereformowalna M 
8. My, odkrywcy 
9. Gra wojenna 
10. Gdyby nie Benny Cemoli 
11. Występ 
12. Projekt 
13. Co mówią umarli? 
14. Orfeusz kulawy 
15. Beztroska Pat 
16. Zastępca 
17. I co teraz z Raglandem Parkiem? 
18. Taki Brejal to ma życie! 


Po przeczytaniu muszę stwierdzić, że jestem rozczarowana... niekoniecznie samym opowiadaniem tytułowym, do którego film ma się mniej więcej tak, jak ekranizacja "Hobbita" do książki... Rozczarowało mnie zaprzepaszczenie genialnych pomysłów! Opowiadania czyta się z wielkim przejęciem, czasem nawet uczuciem przerażenia ("Co mówią umarli?" to pomysł na niezły horror), ale ich zakończenia... to za każdym razem porażka :( Czytelnik czeka na "wielkie BUM", na finał... ale na końcu nie otrzymuje zupełnie nic... wszystko się jakoś rozmywa, nie ma wyrazistej, zaskakującej puenty... Gdyby taka była całość, nie miałabym żadnym pretensji - ot, miałkie zakończenie po miałkim tekście, ale w tym przypadku zmarnowano wiele genialnych, rewelacyjnych tekstów... szkoda :(





A także coś obyczajowego...





"Klub Porcelanowej Filiżanki" Vanessa Greene



"Podnosząca na duchu powieść o damskiej przyjaźni, w dowcipnym brytyjskim wydaniu



Trzy nie mające ze sobą nic wspólnego kobiety poznają się na pchlim targu i ulegają fascynacji tym samym porcelanowym serwisem. Zamiast się kłócić, postanawiają go wspólnie kupić i w rezultacie się zaprzyjaźniają.



Jenny, Maggie i Alison stają przed szeregiem trudnych wyborów; czy dzięki różnicom w temperamentach, życiowych doświadczeniach i poglądach podejmą właściwe decyzje?

Wymarzona lektura dla wielbicielek ciepłych i szczerych historii. Najlepiej smakuje przy filiżance herbaty." [źródło]

Nie wywołuje szczególnych wzruszeń ani emocji. Czytałam ją przez kilka miesięcy, głównie na parkingu w samochodzie - taka "torebkowa" książka. Nie wciąga na tyle, aby chcieć ją przeczytać jednym tchem...


środa, 4 lutego 2015

Kochacie koty? - 4


Wykańczanie kociego UFO-ka idzie mi na razie zadziwiająco dobrze ;)



Czwarty kociak powstał w pewien sobotni wieczór - od 20 do 2 w nocy :) :) :)

Oto on:





wtorek, 3 lutego 2015

Szlakiem wiatraków...


Prawie na sam koniec naszej wędrówki szlakiem wielkopolskich koźlaków odwiedziliśmy Śmigiel - "miasto wiatraków"!






W przeszłości położenie Śmigla na wzgórzu stwarzało znakomite warunki do budowy wiatraków. Wiadomo, że w XVI wieku było ich co najmniej sześć, u schyłku wieku XVIII pięćdziesiąt dwa, a w 1936 roku – szesnaście. Budowle te nadawały miastu charakterystyczny wygląd, przez co wyróżniało się ono w krajobrazie okolicy. Można więc przypuszczać, że właśnie „śmigające”, to znaczy obracające się śmigi, czyli skrzydła wiatraków, dały nazwę miastu, choć jej etymologia nie do końca jest jasna. Legenda głosi, że w Śmiglu było ich zawsze 99, ponieważ wybudowanie setnego powodowało spalenie lub powalenie przez wiatr jednego z już istniejących. Obecnie w Śmiglu są dwa wiatraki, oba zostały sprowadzone (jeden z Bronikowa, drugi z Kluczewa), bowiem żaden ze śmigielskich do dnia dzisiejszego się nie zachował.



źródło zdjęcia

Dziś dwa zabytkowe koźlaki stojące na wzgórzu przy wjeździe do miasta od strony Poznania, przypominają o dawnych, śmigielskich tradycjach. Są chlubą i symbolem Śmigla. Bonifacy i Pankracy, takie nadano wiatrakom imiona, na obecnym miejscu stanęły w 1980 roku. Przywieziono je z Bronikowa i Kluczewa, gdzie wcześniej pełniły swoją młynarską powinność. Oryginalnymi elementami obu są kozły, sztembry, wały, palczaste koła, niektóre belki, a także kamienie młyńskie. Najstarsze części koźlaka przywiezionego z Bronikowa pochodzą z początku XVIII w., na jednym z jego elementów – mącznicy - widnieje nazwisko właściciela - Hoffmann oraz data – 1726. Boczne belki również zawierają wyryte daty i nazwiska, m.in. lata: 1809, 1831, 1832, 1862, 1871, 1874, 1855. Na drugim wiatraku jedna z belek zawiera napis E. Nuoe… i datę - 1857. W 2008 roku wiatraki przeszły gruntowny remont: wzmocniono ich konstrukcje, zamontowano nowe skrzydła, wymianie uległy także zniszczone elementy zewnętrzne i wewnętrzne koźlaków. Z kasy miasta wydano na ten cel prawie 120 tysięcy złotych. [źródło informacji]










Wiatraki obejrzałam i sfotografowałam 13 września 2014 roku. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Co u kotów?


Z naszej małej Mulinki straszny rojber ;)

Ulubiona zabawa to rozbieranie stroika i bieganie z ozdobami :)

Zapraszam na miłe świąteczne wspomnienia z Mulinką w roli głównej :)










niedziela, 1 lutego 2015

Ocalić od zapomnienia...


Pora na kolejne wspomnienia z Wrocławia. 

Razem z Mamą, Ciocią Alą oraz jej dziećmi (Pawłem i Ewą), odwiedziliśmy kilka razy Ogród Zoologiczny.

Tak, wiem, że w latach osiemdziesiątych warunki dla zwierząt były fatalne. Wiem, że teraz, po wielu remontach i przebudowach, sytuacja ogromnie się poprawiła... Wiem to wszystko!

Jednak z wielkim sentymentem wracam do czasów sprzed przebudowy. Wybiegi były małe, pawilony ciasne, ale byłam wtedy dzieckiem, to był jedyny ogród zoologiczny, jaki znałam i stanowił dla mnie miejsce magiczne. Z ogromnym przejęciem biegaliśmy wtedy od jednego wybiegu do drugiego... Uwielbiam neon z lwem na szczycie bramy głównej... i kładkę nad ulicą, którą się szło od przystanku tramwajowego... Szczególnie zapamiętałam krokodyle... zaduch w wąskim pawilonie. I akwarium. Tam zawsze było ciemno. Z dużym lękiem mijaliśmy zakręt... na samym końcu były piranie - ogromnie się ich wtedy bałam!

I pamiętam jeszcze jedno - oczywiście Mama mi nie wierzy... i twierdzi, że coś takiego w ogóle nie istniało - ja jednak ciągle mam przed oczami szeroką drogę od głównego wejścia z wielbłądami po prawej stronie (teraz na samym środku jest wybieg dla żyraf i zebr), karmiliśmy je paluszkami przez siatkę... 

Udało mi się odnaleźć stare zdjęcia wrocławskiego ZOO - zapraszam do odwiedzenia miejsc, które odcisnęły szczególne piętno w pamięci małego dziecka...

Neon znajdujący się nad wejściem głównym do ZOO
źródło zdjęcia

Pawilon krokodyli
źródło zdjęcia

Pawilon krokodyli. Wewnątrz pawilonu.
źródło zdjęcia

Pawilon krokodyli. Letnie wybiegi.
źródło zdjęcia

Wnętrze akwarium.
źródło zdjęcia

Nowe akwarium morskie "Rafa koralowa" wbudowane w część korytarza.
źródło zdjęcia

Przy wybiegu wielbłądów jednogarbnych ok.1980r.
źródło zdjęcia

Wybieg wielbłądów z Halą Ludową w tle. Ok.1984r.
źródło zdjęcia

Wybieg wielbłądów. 1985r.
źródło zdjęcia


Oj, coś czuję, że nie będzie to ostatnia sentymentalna podróż po Wrocławiu...